Krystyna Hilsberg: "Niezawodna i szybka ścieżka do utycia"

Kliknij na zdjęcia, żeby zobaczyć powiększenia.


Siermiężna rzeczywistość akademika lat pięćdziesiątych XX wieku. Głodno chłodno, nijako. Jak się z tego wyrwać? Trzeba wyjść za mąż.

Żegnaj Zającu!

Ślub w rocznicę Manifestu Lipcowego, która przypadała w sobotę. Dlatego ta sobota była wolna od pracy.

Trzeba jeść, żeby wykarmić niemowlę płci męskiej.

Syn nie lubił chodzić na własnych nogach. Trzeba było mieć siłę, do noszenia go "na barana".

Dziecię szybko rosło.

Po pięciu latach rodzina się jeszcze powiększyła.

Na konkurencję patrzy się krzywym okiem.

Konkurencja czuje się szczęśliwa kiedy jest wysoko.

Nie ma to jak "na rączkach".

Na rączki proszę!

Pod czujnym okiem mamy i brata.

Wiele lat później trzeba się leczyć w sanatorium Nałęczów.

Po intensywnym leczeniu do obowiązków służbowych należy intensywne odżywianie.

Biesiada w gronie rodzinnym też służy przyrostowi masy ciała.

Nawet długie spacery nad oceanem też niewiele mogą pomóc.

I dokąd mnie ta ścieżka doprowadziła!.